SJP
SŁOWNIK SJP

X

flic

dopuszczalne w grach (i)

flic

[czytaj: flik] we Francji: pogardliwie o policjancie; flik


KOMENTARZE:

flik_flic # 2007-03-09

Do śpiącego na ławce w parku mężczyzny podchodzi policjant i potrząsa go za ramię:
- Panie, co to jest hotel?
- A co ja jestem informacja turystyczna?

~gosc # 2011-11-18

Kto w naszym kraju używa słowa flic?

~gosc # 2013-09-21

@gosc

Nikt. Tak jak wielu innych słów w tym Słowniku "Języka Polskiego".

~gosc # 2016-01-28

brakuje: flicu [fliku], proszę uzupełnić!

~gosc # 2016-03-27

skoro już tyle dodajecie to i tu ten drobny błąd można by poprawić

przekorny # 2016-03-28

to może i "kwasara"?

~gosc # 2017-04-15

Prawda jest taka, że pani profesor Bułczyńskiej-Zgółce mógłbyś co najwyżej wycierać tablicę, ZNAWCO POLSZCZYZNY.

~gosc # 2017-04-15

Prawda jak zwykle leży gdzieś pośrodku.
Zacznijmy od tego, że pozornie mogłoby się wydawać, że lingwistyka i leksykografia to jedno i to samo. Be-ze-de-u-ra! Choć to dziedziny pokrewne, to jednak zupełnie inne jeżeli chodzi o pole, cele i metody. Zainteresowanych zgłębieniem tematu zapraszam tutaj:
http://www2.polon.uw.edu.pl/banko/pliki/inne/z_pogranicza.tif.pdf

I o ile prof. Zgółkowej nie można wiele zarzucić jako lingwiście (a miałem okazję czytać kilka jej prac), to jako leksykograf nie sprawdziła się zupełnie. A to twierdzę na podstawie lektury jej dwóch sztandarowych dzieł: "Słownika gwary uczniowskiej" i "Praktycznego słownika współczesnej polszczyzny".

A teraz do rzeczy - Słownik gwary uczniowskiej wyd. w 1999 r. notował słownictwo zebrane w szkołach w latach 1988-90.
Zarzut pierwszy - wydawanie słownika o tak ogólnym tytule zajmującego się tak ulotną i zmienną materią jak gwara uczniowska niemal dekadę po zebraniu materiałów nie ma najmniejszego sensu.
Zarzut drugi - jak piszą same autorki we wstępie, materiał zebrano na podstawie ankiet w co najwyżej kilku szkołach w woj. poznańskim (dane przytaczam z pamięci). To świadczy najlepiej o reprezentatywności tego słownika.
Zarzut trzeci - na początku XXI w. (mniej więcej w roku 2002) sprawdziłem frekwencję w Internecie wielu haseł z tego słownika, wychodząc z założenia, że pokolenie uczniów z przełomu lat 80. i 90. powinno w swobodnym języku internetowym używać chociaż części tych słów. Przynajmniej na zasadzie cytatu, np. "a u mnie/za moich czasów mówiło się...". Niestety, mniej więcej 3/4 haseł pozostało niepotwierdzonych bądź miało zupełnie inne znaczenie, co może prowadzić do dwóch wniosków:
- albo gwara uczniowska zmienia się szybciej niż można sądzić, słowa pojawiają się i znikają z roku na rok (co jednak stoi w sprzeczności z moim prywatnym odczuciem, ale wzmacniałoby siłę zarzutu pierwszego);
- albo ankietowani uczniowie z właściwą sobie złośliwością i pomysłowością "wkręcili" panie lingwistki, wymyślając ad hoc różne dziwolągi.

Praktyczny słownik współczesnej polszczyzny...
Zarzut pierwszy - już sam tytuł jest jakimś ponurym żartem. Praktyczne 49 solidnych tomów zajmujących ze dwa metry bieżące półki... dobrze, że nie nazwano go jeszcze "podręcznym" :D
"Współczesny" - ten słownik bazuje na Słowniku języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego, który został wydany w latach 60. XX w., a który nie rościł sobie pretensji do bycia "współczesnym". Przeciwnie - redakcja tamtego słownika zaznaczała, że publikuje słownik dokumentujący słownictwo polskie od pocz. XIX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem słów mających potwierdzenie w cytatach z literatury. Praktyczny słownik w niektórych miejscach okazał się jeszcze bardziej archaiczny od słownika Doroszewskiego, bo notuje niekiedy słowa, których nawet u Doroszewskiego nie ma, ale są w Słowniku Warszawskim czy nawet u Lindego.
Zarzut drugi - redakcja poszła "na całość" bez ładu i składu, a co więcej - jak podejrzewam - bez podstaw frekwencyjnych. Oprócz słów niebudzących wątpliwości, używanych częściej czy rzadziej, powszechnie bądź przez specjalistów w jakiejś dziedzinie, powrzucano do tego słownika masę wyrazów-widm, kompletnie nieznanych, nieużywanych bądź użytych raz w jednym artykule na zasadzie żartu językowego (złytoptak). Do tego multum przedziwnych zdrobnień i zgrubień, kuriozalne zapisy. A wykrzykniki... no graczom w Literaki nie trzeba przypominać tych wszystkich eo, yh, uuu, yyy...
Zarzut trzeci - nadreprezentacja słów z gwary poznańskiej przy jednoczesnym ignorowaniu innych regionalizmów. W zasadzie w słowniku polszczyzny ogólnej powinno się unikać regionalizmów (tych właściwych), co najwyżej ograniczając je do niezbędnego minimum, tzn. słów de facto regionalnych, ale znanych powszechnie, jak np. pyra, krupniok czy ceper.
Jeżeli jednak już włączamy regionalizmy (w końcu polszczyzna ma wiele odmian), to róbmy to konsekwentnie i z wyczuciem, a nie wrzucajmy tylko wielkopolskie, bo redakcja akurat mieści się w Poznaniu.
Zarzut czwarty - wtórność. Nie muszę wiele dodawać ponad to, że wydawca Praktycznego słownika po wydaniu części tomów przegrał proces o plagiat z PWN-em, który oskarżył go - ujmując rzecz bardzo kolokwialnie - o "rżnięcie z Dorosza". Wprawdzie później słownik ukazywał się dalej i już bez kolejnych procesów, nie sposób jednak uniknąć wrażenia, że jego oryginalność ograniczyła się do poziomu "byle tylko znów się PWN nie przyczepił".

kicior99a # 2017-04-16

Faktem jest, jak stwierdził jeden z poprzedników, że Słownik gwary uczniowskiej woła po pomstę do nieba. Są przypadki, że autorka nie może zdecydować się na jedną konkretną wersję ortograficzną. Poza tym wiele wyrazów typowo regionalnych, słabe definicje i w ogóle nieleksykograficzne podejście. O tym drugim słowniku nie będę się wypowiadał, bo raz miałem jeden tom w ręce. Samej p. Zgółkowej nie znam, miałem mieć przyjemność (i była to prawdziwa przyjemność) mieć wykłady z jej mężem, podówczas drem Zgółką.